23 marca 2011

Z(nie!)PD – ZNIEŚĆ PODATEK DOCHODOWY

Pitagoras twierdzi : istotą rzeczy jest liczba. Wydaje się więc, że o szkodliwości podatku dochodowego najłatwiej przekonać nie inaczej jak prezentując liczby właśnie. Mówimy tu o przekonaniu ludzi rozumnych, umiejących uchwycić rzeczy istotne. Przekonać rozumnych - znaczy wszystkich? Czy jest bowiem ktoś, kto dobrowolnie przyzna, że za rozumnego sam się nie uważa? No to już widać, że nie da rady, gdyż jak wiemy, wszystkich przekonać się nie da. A przecież wystarczyłoby tylko pokazać, jak niewielki w sumie stanowi on procent naszego państwa budżetu i zdecydowanie bliski jest bezpośredniemu kosztowi jego pobrania. Koszty pośrednie są oczywiście niezliczone. Jednak wprost przekonać - bardzo ciężko.  Ale spróbujmy raz jeszcze. Tym razem zaczynając od zupełnie innej strony. Zapomnijmy o liczbach. Zadziałajmy jak Napoleon : siła moralna bardziej niż liczba decyduje o zwycięstwie.

Najbardziej ohydna i obrzydliwa to rzecz : zniechęcać ludzi do pracy przez pozbawianie ich jej owoców. Już następnego ranka, spodziewając się kolejnej grabieży podatkowej, ludzie ci wstają zdecydowanie mniej chętnie. Tym bardziej, że każda przecież robota i związany z nią trud, same w sobie i tak są już wystarczająco zniechęcające. Ludzka natura przecież często znajduje przyjemność w leniuchowaniu. Praca zaś generalnie jest wysiłkiem i cnotą nabywaną dopiero w miarę upływu lat życia. Zatem jeżeli ten ktoś, komu się jeszcze coś w życiu chce, za tę właśnie aktywność zostaje dziś ukarany, to organizator tego procederu popełnia wyjątkową niegodziwość. Choćby tylko pośrednio zachęcił i przyczynił się do tego, że ludzie zaczynają traktować swą pracę z rezerwą, spodziewając się fiskalnej grabieży.

To nic innego bowiem lecz właśnie praca tworzy bogactwo, a ono dalej rozwija cywilizację. Już trudno dziś  może w to wierzyć, ale bogactwo nie rodzi się w rządowych drukarniach czy urzędach wypłacających zasiłki. Tak jak mleko w gruncie rzeczy nie bierze się z lodówki, a pieniądze z bankomatu. To właśnie ta słynna piąta trzydzieści każdego poranka decyduje o naszej ekonomicznej przyszłości. Wtedy, gdy po przebudzeniu pierwsi ludzie decydują czy opłaca się wstać do roboty czy też nie. Jesteśmy słabi i w sumie tak niewiele potrzeba by nas zepsuć. W przypadku formalnych przeszkód, po prostu stopniowo zaczynamy pracować coraz mniej. W znaczeniu form zatrudnienia przewidzianego prawem oczywiście. Poza prawem bowiem, w sferach wolności o zabarwieniu szarości, znajduje się zwykle wystarczająco miejsca by ekonomia rozwijała się dalej. Bez fajerwerków, ale przynajmniej  poprawnie.

Jednak przez taką pokrętną organizację w istocie deprawujemy człowieka. Komplikujemy jego moralnie decyzje w zupełnie przecież prostych sytuacjach. Praca już nagle nie równa się jej owocom. Gdybyśmy nawet zechcieli pracować więcej, aby zrekompensować tę opodatkowaną część, to i na to jest już sposób : podatek progresywny. Oto jak dbający i przygotowany jest system. I co być może najważniejsze, owo osłabienie chęci działania dotyczy przecież także i tych, którzy sami mogliby tę pracę w przyszłości dawać i organizować. Ta nieznana nam i nigdy pewnie nie ujawniona rzesza ludzi, która mogła by realizować śmiałe przedsięwzięcia, o których ani nam, ani obecnym i przyszłym rządzącym nawet się nie śniło. Ambitne marzenia i sprawy, których ludzie nawet nie zaczynają planować, gdyż przytłacza ich beznadzieja obecnego systemu. Ustrój ten podcina skrzydła i stacza wszystko w przeciętność, która wzrusza tylko ramionami i nieustannie przypomina : panie, takich Niemiec to my i tak nigdy nie dogonimy!

Cóż, przekonajmy się sami. Zacznijmy odważnie - znosząc dochodowy.

Z(nie!)PD

13 marca 2011

DOROTA, WACŁAW, STANISŁAW - wspólne imieniny

Niedzielny spacer z Teatru Lalek na Szewską. Nagła zmiana planów i w połowie Widoku skręcamy na zachód. Wchodzimy w Menniczą - w ten starodawny, średniowieczny wąwóz. Dziś tu musimy popracować trochę wyobraźnią, gdyż ten zakątek stracił już sporo ze swej dawnej głębi. Znacznie już przetrzebiony. Sporo bezzębny brakiem wielu kamienic. Jesteśmy jednak na dobrej drodze. Przed nami zagadkowy kościół, którego nigdy byśmy się tutaj nie spodziewali. Niby właściwie go znamy, ale rzadko z tej akurat strony. To wielka Dorota, Wacław i Stanisław - wezwanie trzech świętych. Ale czy taka zawsze kolejność? 

Potrójny strażnik Menniczej
Święta Dorota patronka kolonistów niemieckich z XIII i XIV wieku osiedlających się wtedy na śląskiej ziemi. Święty Wacław, syn Wratysława I, domniemanego założyciela późniejszej stolicy Śląska - patron Czech i Pragi. I w końcu święty Stanisław, biskup krakowski - patron Polski.

Historycznie rzecz ujmując, obranie dla kościoła patronatu trzech wspomnianych świętych było pamiątką zgody raczej niż rywalizacji. Przynajmniej formalnie. Oto Kazimierz III Wielki oraz Karol IV Luksemburski po zawarciu pokoju w Namysłowie, poparli plan budowy nowej świątyni. Wezwano dla niej takich świętych, z którymi identyfikować mogliby się ludzie wywodzący się z wszystkich współistniejących wtedy stref. Takich, które w kategoriach współczesnych, moglibyśmy określić jako polska, czeska i niemiecka.


Nietrudno jednak sobie wyobrazić, że w miarę upływu kolejnych wieków także znaczenie i waga świętych patronów tego wyjątkowego kościoła musiała ulegać pewnym wahaniom. Zapewne w zależności od aktualnej przewagi politycznej i kulturalnej oraz ważnych wydarzeń historycznych w rozwoju Kościoła. A także w obliczu stopniowego wyodrębniania się narodów i ich świadomości.

Wacław mógł być pierwszy u zarania, jako (tradycyjnie od czasu Przemyślidów) patron chrztu przyszłego cesarza rzymskiego Karola IV. Potem zapewne Dorota jako opiekunka zyskującej przewagę społeczności niemieckojęzycznej. Obecność tej Świętej ugruntowała postępująca w XVI i XVII wieku kontrreformacja. Do tego stopnia, że kiedy w 1707 dokonano erygowania parafii, za patronkę uznano już tylko właśnie Dorotę. I to poprzez  jej imię rozpoznawany był ten kościół przez kolejne stulecia. Co zresztą poniekąd potwierdza, że miasto w tym czasie było już całkowicie zgermanizowane. Święty Stanisław zaś wysunął się bardziej na czoło po upadku Festung Breslau wraz z odwołaniem się do tradycji polskiej. Po 1945 kościół przez pewien czas stał się prokatedrą, gdyż w porównaniu do innych wrocławskich świątyń, ten akurat przetrwał oblężenie w stanie niemal doskonałym i mógł tym samym zastąpić zrujnowaną katedrę świętojańską.

Sam kościół budowano już od 1351 roku. Wkrótce wzniesiono także budynki klasztorne dla zakonu augustianów. Następnie po roku 1530 w klasztorze na krótko osiedli franciszkanie. W wyniku jednak reformacji kościół uległ desakralizacji i zaczął pełnić funkcje magazynowe. Franciszkanie powrócili tam w roku 1615 i przebywali do kasaty w 1810. Zabudowania klasztorne wykorzystano następnie  jako więzienie, ale w związku z sukcesywnym pogarszaniem się stanu technicznego, pod koniec XIX wieku przeprowadzono ich rozbiórkę. Na uwolnionych w ten sposób parcelach postawiono hotel i dom handlowy.

W tym to mniej więcej czasie, gdy wspomniana rozbiórka zaczyna już odsłaniać sylwetkę kościoła, Aleksander Głowacki, znany lepiej pod literackim pseudonimem Bolesław Prus, jest już w trakcie publikacji swej powieści Lalka, prowadzonej w warszawskim Kurierze Codziennym. Dziś każdy miłośnik wrocławskich imperiałów wie już na pewno, że stało się to tylko po to, by Wojciech Jerzy Has niemal sto lat później mógł to wszystko zekranizować i tym samym pokazać Dorotę, Wacława i Stanisława – wszystkich tych świętych - w pełnej krasie i od samego ich środka. Kościół posłużył bowiem jako sceneria przy kręceniu kwesty charytatywnej z okazji Świąt Wielkanocnych. Zapraszamy na film. Szczególnie od 6:07.



6 marca 2011

INNY LEPSZY ŚWIAT

Często, gdy dyskutowany jest jakiś szczegółowy problem ekonomiczny i ktoś wysuwa ambitny plan naprawy sytuacji, wtedy oponenci szybko pokazują, jak niekorzystny wpływ mogłoby takie odważne rozwiązanie mieć na inne sfery życia i ekonomii. Coś w rodzaju : może i to niezły pomysł na rozwiązanie tej konkretnej kwestii, ale spójrzcie jaki fatalny wpływ mogłoby to mieć na inne dziedziny. Dajmy zatem spokój. Musi zostać tak jak jest! Oto współczesne ambitne hasło życia i rozwoju : zostawmy tak jak jest!

Za przykład podajmy sytuację gdy krytycznie ocenia się skutki rozbudowanej biurokracji. Widząc jej zgubny wpływ na ludzką aktywność, racjonalnie zaleca się uproszczenie prawa i zwolnienie urzędników jako skuteczne rozwiązanie. Jednak zaraz po chwili, jakże łatwo torpeduje się cały plan, zwracając uwagę, że działanie takie wyprodukuje przecież jednocześnie całą masę bezrobotnych. Czyli tych właśnie zwalnianych.

Inny przykład, gdy analizując niewydolność systemu emerytalnego dochodzi się do wniosku, że należy zaprzestać zagrabiania obowiązkowej składki ubezpieczeniowej z wypracowanego przez ludzi bogactwa, by wreszcie to oni sami mogli korzystnie inwestować swe pieniądze. Zaraz po chwili jednak, neguje się takie podejście prostym stwierdzeniem, że przecież pozbawi to wypłat obecnych już emerytów.

Na tak postawione problemy z dwóch powyższych przykładów można oczywiście szybko podać odpowiednie rozwiązanie i odeprzeć zarzuty adwersarzy. A to przywołać w pierwszym przypadku korzyści płynące z faktu, że zwolnieni zaczną przecież wykonywać inne usługi. Tym razem już te rzeczywiście potrzebne innym konsumentom, czyli takie na które jest prawdziwy popyt. Albo też, jak w drugim przypadku, zaproponować utworzenie funduszu emerytalnego z majątku prywatyzowanych państwowych firm na zaspokojenie umówionych rent emerytalnych.

Jednak zanim ulegniemy pokusie polemiki w sprawie takich pojedynczych problemów, trzeba sobie zdać sprawę, że takie jednostkowe i oddzielne podejście do poszczególnych tematów nie ma szans niczego skutecznie rozwiązać. Popadniemy tylko w niekończące się dyskusje i spory z przeciwnikami radykalnych zmian. Każdy bowiem odważny postulat, natychmiast napotka argument i przykład jakiejś dziedziny, która  rzekomo ulegnie katastrofie, gdy zmiany te zechcemy przeprowadzić.

I tak na przykład, że zwolnieni urzędnicy i ich rodziny popadną w biedę, gdyż nie podejmą żadnej innej pracy ani działalności, bo jest przecież bezrobocie. A rozpoczęcie zaś przez nich własnej działalności komplikują choćby comiesięczne obciążenia, poplątane sprawy formalne i związane z nimi koszty. Funduszu emerytalnego zaś utworzyć się nie da, bo jakoby nie ma już wystarczającego majątku państwowego do prywatyzacji. A jeśli nawet coś się jednak znajdzie to przecież budżet bardziej potrzebuje tych pieniędzy na bieżące wydatki. I tak bez ustanku.

Dyskusja taka może trwać w nieskończoność. Fatalny wniosek nasunie się sam. Szybko pojawi się zniechęcenie. Jak zwykle nic zrobić się nie da. Cała sprawa pokazuje tylko jak obszerną w gruncie rzeczy siecią ekonomicznej niewoli jesteśmy oplatani. A każda chora dziedzina życia wydaje się być skutkiem polityki fiskalnej. Szczególnie w odniesieniu do ludzkiej aktywności czyli usług i pracy. Jeśli zatem już u samej podstawy naszej egzystencji popełniane są takie błędy i wprowadzane tak zgubne rozwiązania, to nie możemy się dziwić, że wszystkie kolejne elementy życia i państwa są tak słabe i niesprawiedliwe.

To oddziaływanie na siebie kolejnych złych rozwiązań w naszym państwie potwierdza tylko diagnozę świętej pamięci Kisielewskiego, że to nie kryzys lecz skutek. Tu nie wystarczy wykłócać się o zmianę jednej rzeczy. Zmienić trzeba cały ustrój. Ten jednak będzie się bronił. Gdyż ustrój w gruncie rzeczy to ludzie. Chyba, że nagle sam zbankrutuje. I zdaje się, że jest już na dobrej drodze.

24 lutego 2011

THE KING’S SPEECH czyli JAK ZDOBYĆ WEMBLEY

W roku 1925 książę Albert, późniejszy król Jerzy VI Windsor z okazji zamknięcia brytyjskiej wystawy imperialnej, wygłosił skądinąd nieudane przemówienie na londyńskim stadionie Wembley. Dzisiaj to już nieistniejący, wyburzony w 2003 roku historyczny obiekt. Wtedy nowoczesny stadion, świeżo wybudowany dla potrzeb wielkiej wystawy. Nazywany zresztą na początku swej kariery Stadionem Imperialnym właśnie. Wydarzenia związane ze wspomnianym przemówieniem stają się dziś kanwą pierwszej sceny najnowszego filmu Toma Hoopera Jak zostać królem.  

Stara Wembley - rozbiórka 2003
http://www.oleole.com/pictures/thefa/goodbyeoldwembley/mp5r58.asp
Film ten wchodzi na ekrany polskich kin na początku 2011 roku. Oto przyszły monarcha z powodu swej przypadłości, polegającej na jąkaniu i zacinaniu się podczas publicznych wystąpień i spotkań, ponosi klęskę medialną, nie potrafiąc porwać słuchających go ludzi giętkością swego języka. Przemówienie, które próbuje wygłosić okazuje się całkowitą porażką. Staje się to przyczyną frustracji i narastającego przekonania o niemożności pełnienia obowiązków publicznych oraz skutecznego prowadzenia polityki. Całości dopełnia fakt, że wydarzenie transmituje radio BBC, a Wembley wypełniona jest stutysięcznym tłumem świadków oratorskiej katastrofy. Hooper zdecydował rozpocząć swój film właśnie od nakręcenia tej dramatycznej sceny stadionowej.
 
Nowa Wembley 2007
Skąd jednak w końcu pierwszej dekady XXI wieku wytrzasnąć samą Wembley jako dostępne miejsce zdjęciowe. Taką Wembley, która choćby tylko częściowo przypominała stary obiekt z lat międzywojennych. Tym bardziej, jeśli w międzyczasie całkowicie ją wyburzono. W jej miejsce zaś postawiono nowoczesną konstrukcję nazwaną Nową Wembley, a oddaną do użytku w roku 2007. Nowoczesną, a zatem nie nadającą się zbytnio dla potrzeb scenografii odtwarzającej atmosferę lat dwudziestych ubiegłego wieku. Cóż zatem robić. W poszukiwaniu obiektów zastępczych ekipa filmowa udaje się na północ.

East Stand  na  Elland Road
www.skysports.com
Pierwszym z wybranych miejsc jest Elland Road - miejsce występów Leeds United AFC. Jeden z tych fantastycznych, prostych stadionów, które tak wzmacniają smak piłki nożnej. I choć samo Leeds wydaje się być jednym z najmniej lubianych klubów w Anglii, to jednak chętnie byłby ten obecny drugoligowiec, pewnie znów widziany w Premiership. A to głównie ze względu na ten tradycyjny stadion, którego ducha i atmosferę zdołano jakoś zakonserwować w trakcie kolejnych rozbudów i przenieść szczęśliwie do współczesności. Gdzie indziej jednak, nowoczesność wkracza coraz już mocniej także i w ten dział angielskiego budownictwa. Prostokątne stadiony z piłkarzami i kibicami na wyciągnięcie ręki powoli odchodzą już w niebyt.
Drugie miejsce, które posłużyło jako sceneria filmu to Odsal Stadium. Obiekt przeznaczony głównie do rugby, a położony w Bradford. Ze sportów motorowych w przeszłości odbywały się tam zawody żużlowe. Obecnie zaś głównie wyścigi samochodowe. Ciekawe, że początek budowy tego obiektu to dopiero rok 1933. W 1925, w trakcie słynnego przemówienia, było tu jedynie wysypisko. Dziś jednak ze względu na  zachowaną zadaszoną trybunę Tetley, stadion okazał się doskonałym dla nakręcenie książęcego wystąpienia.
 
Obecnie zdolna pomieścić tylko 27 tysięcy kibiców. Lecz w połowie ubiegłego wieku Odsal była w stanie gościć nawet stutysięczny tłum. Piątego maja 1954 roku na mecz rugby przybyło 102 569 osób by oglądać pojedynek Halifax z Warrington. Jest to do dziś nie pobity rekord frekwencji na ligowym meczu rugby. W połowie lat osiemdziesiątych pojawiły się (ostatecznie nigdy niezrealizowane) plany modernizacji i stworzenia nowoczesnego stadionu dla potrzeb tej dyscypliny sportu. Dzisiaj ten pomysł czasami opisywany jest jako bradfordzkie marzenie o Wembley Północy. I oto częściowo się to spełnia. W trochę co prawda inny, mniej spodziewany sposób. Dziś aktorka Odsal odgrywa rolę Starej Wembleyowej. Ale przecież ostatecznie Bradford to miasto filmowe. A jak wiemy w kinie wszystko jest możliwe.

21 lutego 2011

ELŻBIETA WĘGIERSKA Z ARPADÓW

Mors Ianua Vitae  - Śmierć Wrota Życia. Słowa wyryte na kartuszu arkady łączącej dwa zachowane do czasów współczesnych domy altarzystów u zbiegu Odrzańskiej i św. Mikołaja. Dziś znane jako Jaś i Małgosia. Wzniesiono je tuż przy murze dawnego cmentarza należącego do fary elżbietańskiej. Po samym murze nie ma już śladu. Cmentarz zaś pokryły granitowe płyty tworząc plac przykościelny. Tylko ta arkada, pozostałość dawnej bramy cmentarnej, wita pieszych nadchodzących od strony Rynku.

Elżbieta Węgierska nad Kiełbaśniczą
Pierwotny kościół romański powstał w tym miejscu już na początku XIII wieku. Od roku 1253 funkcjonował jako część klasztoru krzyżowców z czerwoną gwiazdą. Konsekrowany został pod wezwaniem św. Elżbiety w 1257 czyli 22 lata po jej kanonizacji. Od 1293 roku, aż po wiek XX, istnieć będzie tu szkoła miejska, znana później jako gimnazjum św. Elżbiety. Budowę nowego kościoła, już w swej gotyckiej formie, rozpoczęto w 1308 z fundacji Bolesława III księcia na Legnicy, Brzegu i Wrocławiu. Świątynia ta stała się kościołem farnym wrocławskiego patrycjatu i dowodem jego wielkich, rodzących się właśnie aspiracji. Tak przynajmniej najczęściej komentują to dziś historycy. 
 
Elżbieta Węgierska z Igielnej
Życie ludzkie jest bezcenne – głosi współczesny frazes. Jednakże jeśli śmierć jest bramą to doczesne istnienie może urastać do rangi myta wnoszonego, by móc tę bramę przekroczyć. A skoro myto to można już chyba mówić  i o cenie. Zwłaszcza, gdy odkrywając z biegiem lat różne strony ludzkiej natury, zauważa się, że pewne rzeczy zaczynają mieć większe znaczenie niż samo życie. I nagle życie jak najbardziej ma już swą ustaloną cenę.  Mówią, że na tym opiera się cała cywilizacja. Coś innego okazuje się wartościowsze. Dzisiaj takie podejście bardziej już pewnie stępione. Dlatego być może ta akurat cywilizacja zmierza już do swego końca. Nadzieja jak zwykle w osobistych wyborach. Elżbieta prowadzi surowy tryb życia. Umiera w wieku 24 lat posługując ubogim w Marburgu.

Odnowiona Święta Węgierka wciąż czuwa tu nad miastem. Nad Odrzańską i Kiełbaśniczą. Nad Rynkiem i Jatkami. Potężna i skromna zarazem. Dziwnie nie narzucająca się komercyjnemu miastu. Pomimo swej bliskości i jakże imponującej architektury. Od czasu tylko do czasu, dyskretnie o sobie przypomina przytłumionym dzwonem z wieży św.Wawrzyńca.

7 lutego 2011

RONALD REAGAN - NASZA SZCZYTNICKA GWIAZDA

Przedwojenna Scheitniger Stern już nigdy nie powróci. Decyzje i czyny, które doprowadziły do jej upadku i zniszczenia, należą do najboleśniejszych w historii Festung Breslau. Kosztem życia i pięknej zabudowy w środku miasta powstał pas startowy polowego lotniska. Jednym z zaledwie dwóch samolotów jakie wiosną 1945 roku zdołały z niego odlecieć był Bocian z szefem dolnośląskiej NSDAP. Piątego maja Gauleiter Karol Hanke chyłkiem opuszcza zrujnowane miasto.

Rondo Ronalda Reagana z narożnika Piastowskiej
Dawna Szczytnicka Gwiazda upadła. Lecz oto wzeszła już nowa: Rondo Ronalda Reagana. Szóstego lutego 2011 minęła właśnie setna rocznica urodzin byłego Prezydenta USA. Człowieka, który próbował przywrócić Ameryce idee, jakie niegdyś legły u podstaw tego państwa i kraju. Legenda chce głosić, że wszystkie kluczowe decyzje podjął w ciągu pierwszych kilkudziesięciu dni urzędowania. Najważniejsze to te związane z obniżkami podatków. Potem był już zmuszony zacząć się martwić o reelekcję. Zgodził się aby wzrastający deficyt pokrywać przez zadłużanie. Choć wybrany potem na drugą kadencję, przegrał w sumie z demokracją. Jak zresztą niemal każdy dziś polityk, który zmuszony jest mydlić oczy ludu obietnicami o lepszym jutrze. Zamiast rządzić twardo do końca, oddając przy tym na bieżąco zaciągane długi. Po to by dobrze się żyło nie tylko jutro czy nawet za rok, ale także i za dekadę. Tego jednak demokracja nie akceptuje. Tak wyborów się nie wygrywa. Tu trzeba mydlić. Nie zmienia to jednak powszechnej opinii, że był jednym z najlepszych prezydentów Ameryki. Wielu sądzi, że najlepszym.

Prowadził swą walkę z ‘imperium zła’. Nigdy jednak nie opuszczało go poczucie humoru. Nawet w najgorszych momentach. Jak choćby w tej legendarnej scenie szpitalnej, po dokonanym na niego w roku 1981 zamachu. Przygotowywany do operacji usunięcia kuli, jaka utkwiła w pobliżu serca, miał się jeszcze upewniać, czy aby wszyscy chirurdzy zespołu operacyjnego są na pewno zdeklarowanymi republikanami. Ty bezpretensjonalny i najlepszy ze wszystkich najgorszych aktorów. Skoro taki z Ciebie wesołek, to nigdzie indziej zapewne, nie będziesz się czuł, Panie Prezydencie, lepiej jak tu we Wrocławiu. Tutaj właśnie, gdzie kierownikiem uniwersyteckiej katedry psychiatrii był Twój dobry znajomy z ostatnich Twych lat - Alojzy Alzheimer.

Ronald Reagan zmarł 5 czerwca 2004 roku, poważnie już wtedy pogrążony w dolegliwościach zespołu Alzheimera. ‘Wiem, że to ważne, choć nie wiem dlaczego’ miał któregoś dnia powiedzieć (kto wie czy tym razem tylko dla żartu) oglądając model Białego Domu. A wszystko już po tym, gdy poinformował o  swej chorobie w liście do narodu, ten tracący już pamięć człowiek. A gdyby tak i dziś wziąć z doświadczenia amerykańskiego lat osiemdziesiątych to co najlepsze. I zaryzykować to nasze własne: ‘nie wiemy dlaczego, ale wiemy, że to ważne’. Nareszcie poprzeć nie tylko to, co przynosi wolność słowa, ale przede wszystkim to, co daje wolność działania. Trzeba by jednak najpierw, choć na chwilę, powyłączać telewizory.

Bądź tam wybawiony, Panie Prezydencie, od wiecznego ognia i przegranego zła imperium. Ja zapamiętam cię takim: